jtemplate.ru - free extensions for joomla

Feministki będą konsultować ustawę o in vitro

Minister zdrowia przygotował projekt ustawy „o leczeniu niepłodności metodą in vitro”. I będzie go konsultował z feministkami, ale już nie z genetykami.

Ministerstwo Zdrowia próbuje przekuć w sukces rządowy „Program leczenia niepłodności”, którego celem jest wspieranie przemysłu in vitro z naszych podatków. Minister Bartosz Arłukowicz uważa, że sukcesem jest ponad 2700 ciąż i 249 urodzonych dzieci w ciągu roku jego realizacji. – NFZ wydał 72,5 mln i urodziło się 214 dzieci, czyli wypada 300 tys. zł na jedno dziecko. 2,5 tys. kobiet jest w ciąży, ale nie wiemy, ile tych ciąż zakończy się szczęśliwymi narodzinami. Nie wiemy, ile dzieci abortowano, bo w czasie ciąży wykryto wady – wylicza Mariusz Dzierżawski z Fundacji PRO – Prawo do Życia. Ale Arłukowicz uważa, że już czas na przyjęcie ustawy „o leczeniu niepłodności metodą in vitro”, której projekt trafił do konsultacji społecznych. Ministerstwo zakłada, że ustawa będzie dotyczyć około 15 tys. par.

Projekt został skierowany do konsultacji publicznych do takich podmiotów, jak Polskie Towarzystwo Ginekologiczne, Naczelna Izba Lekarska, ale również Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny i stowarzyszenie „Nasz Bocian”. Na liście tych podmiotów nie ma natomiast konsultanta krajowego ds. genetyki ani instytutów naukowych zajmujących się badaniami genetycznymi. Jak podkreśla prof. Alina Midro, kierownik Zakładu Genetyki Klinicznej Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, genetycy mają kompetencje, które mogłyby określać genetyczne uwarunkowania zarówno niepłodności, jak i genetyczne zaburzenia, które występują wskutek stosowania zapłodnienia pozaustrojowego. – Nie rozumiem, dlaczego feministki będą opiniować projekt tej ustawy, a nie pozwala się wypowiedzieć specjalistom genetykom. Głos w tej sprawie powinni mieć również ludzie, którzy uważają, że życie dziecka zaczyna się od poczęcia – podkreśla prof. Midro.
Błąd w tytule

Można przypuszczać, że Ministerstwu Zdrowia nie zależy na zbyt szerokich konsultacjach, gdyż projekt ustawy jest ideologiczny. Zapłodnienie pozaustrojowe w żadnym razie nie jest leczeniem niepłodności, a naprotechnologię, która takie szanse daje, Bartosz Arłukowicz konsekwentnie pomija. Społeczeństwo w dużej mierze nie jest świadome, czym tak naprawdę jest zapłodnienie pozaustrojowe i na czym polega. Poprzez używanie określenia „leczenie” wmawia się nam, że skutki procesu in vitro są trwałe i przynoszą spektakularne efekty. – Muszę powiedzieć, że zaproponowany dokument wprawił mnie w zdumienie. Należy zwrócić uwagę na błąd już w tytule projektu ustawy „o leczeniu niepłodności”. Czyżby przeniesienie uszkodzonego chromosomu Y z ojca na syna w procedurze in vitro miało cokolwiek wspólnego z leczeniem niepłodności? – zwraca uwagę prof. Andrzej Kochański, genetyk z Instytutu Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej im. M. Mossakowskiego Polskiej Akademii Nauk.

Doktor Tadeusz Wasilewski, założyciel kliniki NaProMedica w Białymstoku, zauważa, że in vitro propagandowo przedstawia się jako postęp cywilizacyjny. Ktoś, kto jest przeciwko tej procedurze, traktowany jest jak zacofany. Nie pokazuje się społeczeństwu drugiej strony, jaką jest ochronna medycyna prokreacyjna, której częścią jest naprotechnologia. – Nie próbuje się refundować kosztów diagnostyki niepłodności małżeńskiej, nie próbuje się refundować kosztów leczenia niepłodności wszystkim małżeństwom, niezależnie od tego, czy korzystają z in vitro czy z naprotechnologii. Rząd konsekwentnie pomija grupę tych małżeństw, które in vitro nie tolerują. Najważniejsze jest to, aby uświadamiać społeczeństwo i świat medyczny, że życie ludzkie zaczyna się od poczęcia – przypomina dr Wasilewski.
Arłukowicz to też „grupa komórek”

Jak się okazuje, ministerialny projekt ustawy zawiera szereg innych błędów merytorycznych. Nie wiadomo, czy to działanie celowe, czy projekt jest po prostu niestarannie przygotowany. Skandaliczne jest zdefiniowanie dziecka w embrionalnym stadium rozwoju jako „grupy komórek”. – Ludzki zarodek, najwcześniejsze stadium rozwoju biologicznego człowieka, został potraktowany jak przedmiot-produkt. Określenie „grupa komórek” w odniesieniu do ludzkiego embrionu jest nie do przyjęcia. Trzeba niezwykłej wyobraźni, żeby najbardziej skomplikowany system biologiczny, z pełnym programem rozwoju zapisanym w genach nazwać „grupą komórek”. Proszę wybaczyć, ale przy takim poziomie tekstu tego projektu każdy z nas w pewnym sensie jest grupą komórek – komentuje prof. Kochański.

Profesor wylicza kolejne nieścisłości i błędy w projekcie. Zauważa, że tekst wyraźnie odnosi się do „jakości zarodka”, i zadaje pytanie, co ma oznaczać określenie „jakość” w odniesieniu do najwcześniejszej fazy rozwoju człowieka. – Zwróciłem uwagę, że w projekcie ustawy jest mowa o zakazie wyboru płci dziecka, ale nie znalazłem ani słowa o selekcji zarodków ludzkich. Moim zdaniem, wielkim problemem jest właśnie selekcja. Jaka jest granica między „ciężką nieuleczalną chorobą dziedziczną” a lekką chorobą dziedziczną? Kto zdecyduje o kwalifikacji choroby? Co autorzy mieli na myśli, pisząc o „poradnictwie medycznym”, „bezpieczeństwie zdrowotnym”, „promocji zdrowia rozrodczego”? To jest jakiś nowy język – wytyka prof. Andrzej Kochański.

Istnieje bogata literatura naukowa dotycząca szkodliwego wpływu zapłodnienia pozaustrojowego na geny, genom i epigenom człowieka. Ostatnio pojawiły się poważne prace o zaburzeniach w układzie krążenia powstających w okresie prenatalnym, wywołanych bezpośrednio przez in vitro. Udowodniono, że za uszkodzenie naczyń krwionośnych odpowiada ta procedura, a nie problemy zdrowotne rodziców.

Izabela Borańska-Chmielewska

źródło: Nasz Dziennik